II miejsce w konkursie – Dagmara Przymus

Wiesz, że to, co się dzieje, to tylko sen. Rozpoznajesz tę dziwną nierealność otaczającego cię świata, tak charakterystyczną dla marzeń sennych. Mimo to  przez głowę przemyka ci myśl, że byłaś tu już wcześniej, widziałaś gdzieś to miejsce, może na jawie, a może poprzedniej nocy. Nie potrafisz sobie przypomnieć.

Idziesz przez las, rozglądając się na wszystkie strony. Nie masz pojęcia, jak się tu znalazłaś ani gdzie zmierzasz, ale nie schodzisz z wydeptanej przez kogoś ścieżki. Czujesz podświadomie, że nie wyszłoby ci to na dobre. Las wcale nie wygląda przerażająco, przez korony drzew przedzierają się promienie słońca, padając na pnie drzew i mech, porastający podłoże, jednak gdzieś w głębi czai się potwór, gotowy cię zjeść, jeśli złamiesz zasady. Kątem oka zauważasz jeszcze poziomki, intensywnie czerwone, tworzące dziwny kontrast z zielenią drzew, ale zupełnie normalne o tej porze roku. Spychasz ten obraz w głąb umysłu i szybko o nim zapominasz.

Stawiasz kolejne kroki, zagłębiając się w las. Masz dziwne wrażenie, że gdybyś spojrzała za siebie, nie zobaczyłabyś już ścieżki, którą tu przyszłaś, tylko morze drzew. Nie niepokoi cię to. W lesie czujesz się bezpieczna.
Wtedy dochodzisz do rozwidlenia drogi.

Miała najwyżej siedemnaście lat, słomkowy kapelusz w ręce i złotawe piegi na nosie. Takie było jego pierwsze wrażenie, kiedy ją zobaczył. Potem dojrzał też pełne usta, wyginające się często w zawadiackim uśmiechu, figlarny błysk w ciemnych oczach i sterczące na wszystkie strony włosy o kolorze słomy, ale to ten pierwszy obrazek miał mu na długo utkwić w pamięci. Być może na zawsze.

Kręcił się wokół niej przez kilka dni, ostrożnie zadając pytania na jej temat i uważając, żeby nie wykazać zbyt dużego zainteresowania jej osobą. Wiedział, jak skrzywieni, przewrażliwieni ludzie mogą odczytać zainteresowanie starszego mężczyzny młodą jeszcze dziewczyną. Dlatego zawsze ograniczał się do zdawkowych zdań, wyłuskując z równie lakonicznych odpowiedzi cenne informacje. Po trzech dobach wiedział już, jak ma na imię, jak mówią na nią znajomi i dlaczego, o której wraca do domku babci, na ile się u niej zatrzymała i skąd pochodzi. Zauważył też, wpatrując się w jej wyraz twarzy, kiedy wchodziła po kolana do wody, bo na więcej nie pozwalała jej spódnica, że pokochała morze i najchętniej zostałaby tu już na zawsze, choć miała czas już tylko do końca wakacji. Dwa tygodnie, policzył szybko w głowie, całe czternaście dni. Zdążę, ocenił po chwili. Zdążę. A nawet jeśli nie, nie mieszka aż tak daleko, to dalej jest moje terytorium, będę mógł za nią pojechać, choć będzie to wyglądało podejrzanie.

Planował chwilę, w której przedstawi się jej z taką samą precyzją, z jaką układane są plany osaczenia ofiary. Podchodził do niej powoli, zbliżał się krok po kroku, co jakiś czas cofał się o jeden, pozwalając najpierw, żeby oswoiła się z widokiem jego twarzy, kiedy siadał na kocu kilka metrów od niej, opalającej się na słońcu. Następnie zamówił lody w tej samej kawiarni co ona, pozwalając sobie na przyjemność, jaką było słuchanie jej głosu. Trwała ona krótko, może dwie minuty, w czasie których wahała się pomiędzy wanilią a miętą, potem wzięła od sprzedawcy rożek, wręczyła mu tryumfalnym gestem okrągły, lśniący metalicznie pieniądz i znikła z jego pola widzenia. Pół godziny później wyszedł z kawiarni, zostawiając na swoim stoliku pucharek z nieruszonymi, roztopionymi lodami, żegnany zaniepokojonymi spojrzeniami obsługi. Nie zwracał na nich uwagi, starając się zgadnąć, gdzie ona może teraz być. Na plaży? Na deptaku?

A może siedzi przy fontannie, ozdobionej kiczowatą rzeźbą delfina, o zdecydowanie zbyt ludzkim wyrazie pyska?
Znalazł ją w salonie gier, gdzie spocona i słodko zarumieniona od wysiłku usiłowała pobić swoją postacią, kobietą w zdecydowanie za krótkiej spódniczce, jakiegoś mięśniaka. Nie wyszło jej to, na ekranie automatu pojawiła się bezlitosna informacja, że gra może być kontynuowana tylko, jeśli ma jeszcze żetony. Po zrozpaczonym spojrzeniu, jakie rzuciła wyżywającemu się na klawiszach tuż obok niej chłopakowi w podobnym wieku, stwierdził z całkowitą pewnością, że ich nie miała. I uśmiechnął się bardzo oszczędnie. On miał pieniądze, miał żetony, mógł mieć, czego tylko sobie zażyczy. Wystarczyło, że spojrzy na niego, że poprosi go swoim wzrokiem, a on będzie mógł dać jej, czego tylko będzie pragnąć.
Zerknęła na niego przelotnie. Potem jej spojrzenie nagle się zatrzymało, przylgnęło do niego, a po błysku w jej oczach poznał, że przypomniała sobie jego twarz.

– Znam cię – zauważyła. Przytaknął, krótko kiwając głową. – Masz może żetony? – spytała po chwili. Znowu potwierdził ruchem głowy. Automat zaczął odliczanie czasu. Włożył rękę do kieszeni, w której znalazł o wiele więcej plastikowych kółek niż potrzebowała. Podał jej dwa. – Oddam ci potem – zreflektowała się po chwili, uroczo zakłopotana.
– Nie trzeba… – zaciął się, udając, że nie zna jej imienia.
– Alicja – podpowiedziała mu, uśmiechając się od ucha do ucha, najprawdopodobniej dlatego, że zyskała kolejny kwadrans gry zupełnie za darmo. – Dziękuję.
– Nie trzeba, Alicjo.
Nie dodał już, że nie ma mu za co dziękować, a wręcz przeciwnie. Nie chciał jej straszyć.

Rozwidlenie drogi przez chwilę cię przeraża, wprawia w konsternację. Nie wiesz przecież, gdzie idziesz, więc skąd niby miałabyś wiedzieć, w którą stronę powinnaś teraz skręcić? Patrzysz z wyrzutem na słup, stojący przy drodze, wskazujący swoimi drewnianymi, zmurszałymi rękoma dwie różne strony, jakby to on był za to odpowiedzialny. On jednak nie robi sobie nic z tego morderczego spojrzenia, a ty gniewnie odrzucasz warkocz jasnych włosów na plecy. Nie jesteś pewna, czy jeszcze chwilę temu były związane, ale to się nie liczy. Zauważasz też, że masz na sobie powycierany szkarłatny płaszczyk z kapturem, jaki nosiła twoja matka w dzieciństwie. A potem słyszysz czyjś głos, niski, wibrujący i dziwnie znajomy, a jednocześnie przytłumiony, jakbyś słyszała go przez watę i wszystkie twoje problemy nagle znikają. Wiesz, po prostu wiesz, że musisz iść za tym głosem, a on zaprowadzi cię tam, gdzie powinnaś dojść.
To było całkiem proste, myślisz i skręcasz w prawo. Sekundę później czujesz na karku powiew wiatru, jakby czyjaś ręka minęła o włos twoje plecy i serce zaczyna ci szybciej bić. Masz świadomość, że gdybyś zwlekała jeszcze chwilę, to coś wylądowałoby na twojej głowie. Kiedy dociera do ciebie zagrożenie, w jakim się znajdujesz, ruszasz biegiem w kierunku znajomego głosu, który jest jedynym gwarantem bezpieczeństwa w tej chwili. Przez chwilę niemalże przypominasz sobie, do kogo należy, ale to wrażenie szybko mija.

Nie przyznałaby się babci, gdyby ta spytała, z kim spędza większość czasu w mieście. Na szczęście nie musiała kłamać, bo starsza pani zwyczajnie pogodziła się z nieobecnością wnuczki na obiadach, nie zadając zbędnych pytań, mimo że nie widziały się od wieków. Jednak jej babcia mogła być postępowa, mogła doskonale radzić sobie w dzisiejszym świecie, ale pewne stereotypy były obecne w jej głowie, tak samo jak w głowach większości ludzi. A już z pewnością dorosły, dwudziestokilkuletni mężczyzna z niedbałym zarostem i dzikim, figlarnym błyskiem w oku kojarzyłby się jej z niebezpieczeństwem. Chciałaby przed nim chronić swoją ukochaną i jedyną wnuczkę, która nie przekroczyła jeszcze magicznej granicy osiemnastego roku życia, chociaż wnuczka wcale nie czuła się zagrożona. Wolfgang, jak się jej przedstawił i nie skomentował wcale jej uwagi o niemieckim brzmieniu imienia, zawsze zachowywał się w porządku w stosunku do niej, nigdy nie rzucał dwuznacznych uwag ani nie proponował jakichś niestosownych rzeczy. Był ujmujący, sympatyczny i czarujący, kiedy chciał, a jego twarz, zawsze uśmiechnięta, czasami wręcz przypominała maskę uprzejmości. Ale szybko odrzuciła ten pomysł, jako że żaden znany jej człowiek nie byłby w stanie utrzymać maski przez tyle czasu. Jak do tej pory, tylko raz komuś udało się go wyprowadzić z równowagi i tym kimś był podpity chłopak, chyba nawet od niej młodszy, ale z całą pewnością silniejszy, który usiłował ją zaczepić na dyskotece. Wolfgang chłodno, ale grzecznie zwrócił mu uwagę, że zachowuje się niestosownie i tamten zwyczajnie poszedł. Może to coś w jego spojrzeniu, zdradzającym pewną dzikość, nieokrzesanie, zmusiło go wtedy do odejścia? Nie wiedziała, nie patrzyła wtedy Wolfiemu w oczy, tylko wtulała się w jego szeroką klatkę piersiową i moczyła jego koszulę łzami, czując się wreszcie bezpieczna, aż wyprowadził ją z zadymionego, zatłoczonego wnętrza.

Jeszcze tydzień temu narzekałaby na to, że matka kazała jej wyjechać do babci, żeby, jak stwierdziła, dotrzymać jej towarzystwa i sprawdzić, czy tamta czegoś nie potrzebuje. Ledwie tydzień temu wolała włóczenie się po osiedlu i siedzenie na trzepaku z grupką swoich znajomych z bloku od wygrzewania się na plaży, pożerania lodów z pucharków, za które płacił ktoś inny i śmiania się razem z nim, kiedy wygrywała kolejną rundę gry na automacie. Z nim jakoś zawsze wygrywała, wystarczyło, że powiedziała mu, jak bardzo tego pragnie, a on odpowiadał wtedy swoim głębokim, miękkim głosem, że dla niej wszystko. Nie rozumiała tego, bo takie rzeczy zazwyczaj mówi się ukochanym, dorosłym kobietom o obfitych piersiach i szerokich biodrach, ubranych w krótkie obcisłe sukienki, a nie małolatom z piegami na zadartym nosie, więc trochę się z tego podśmiewała, trochę to ignorowała. Ale podobało jej się to sformułowanie niezwykle.
Nie zauważyła nawet, kiedy się z nim zaprzyjaźniła ani kiedy zaczęła mu opowiadać o rzeczach, o których nie wiedziały jej najbliższe przyjaciółki w szkole. Zwierzyła się z pierwszej nieszczęśliwej miłości, skarżyła na brata, wiecznie wiedzącego lepiej, co powinna robić, wypłakała kosza, jakiego dał jej któryś chłopak, na którym nawet tak bardzo jej nie zależało. A Wolfgang tylko patrzył na nią, uśmiechał się lekko, trochę krzywo i powtarzał, że to wszystko nie jest już ważne. Przytakiwała mu i wszystkie te problemy nagle stawały się bardzo odległe, traciły na swoim znaczeniu, jakby zastępowało je coś o wiele ważniejszego.

Którejś nocy zabawa na dyskotece ją nudziła, piosenki nie nadawały się do tańczenia ani nawet podrygiwania w miejscu, a wszelka rozmowa z ludźmi ją mierziła. Wszyscy wydawali jej się tacy puści, pozbawieni znaczenia, jak nadmuchiwane lalki. Kiedyś, dawno, dawno temu, zanim go poznała, może któryś z tych chłopaków, niezgrabnie starających się kołysać do rytmu muzyki, by ją pociągał, może zostałaby tam dla niego. Ale nie tym razem.
– Może pójdziemy na spacer? – zaproponowała. W ciemnościach niemalże czarne oczy Wolfganga rozjarzyły się albo tak też jej się wydawało.
– Z przyjemnością – odparł tylko i podał jej rękę, wyprowadzając na zewnątrz. Westchnęła i wtuliła się w jego ramię, częściowo dlatego, że było jej zimno.
– Zawsze chciałam pooglądać gwiazdy nad morzem – szepnęła i było w tym szepcie coś bardzo osobistego, intymnego. – Podobno tutaj świecą jaśniej.
– Masz rację – powiedział równie cicho. I nagle wydało jej się, że gwiazdy pojaśniały, jakby specjalnie dla niej.
Szli długo, trzymając się za ręce, nie mówiąc za dużo. W którejś chwili skręcili w stronę plaży i usiedli na wydmach, patrząc w niebo. Wzdychała co chwilę, była bardzo zmęczona, tańcem, pełnym emocji dniem, aż wydawało jej się, że w pewnym momencie usnęła. Sen był bardzo realistyczny, widziała w nim Wolfiego, który obiecywał jej wierność na wieczność, jeśli wybierze właśnie jego, jeśli da mu pozwolenie na bycie swoim. Nie wiedziała zupełnie, co powinna odpowiedzieć, kręciło jej się w głowie, a świat wirował, ale skinęła głową, wyrażając zgodę. Wtedy, po raz pierwszy i ostatni, poczuła jego usta na swoich wargach, gorące, całujące zapamiętale i tak samo przygryzające jej wargę, aż do krwi. Pomyślała nawet, że krew pobrudzi jej sukienkę, całkiem ładną, w niebieskie groszki, ale sen skończył się, zanim do tego doszło.

Obudziła się w swoim łóżku, w domku babci, nie wiedząc, co dokładnie z tego się jej przyśniło. Ale rana na wardze była jak najbardziej prawdziwa, piekła i nie chciała się zagoić przez kilka następnych dni.

Wchodzisz na polanę, na której czeka na ciebie, zamiast upragnionego ukochanego, wilk. Patrzysz na niego, najpierw z przerażeniem, a potem, kiedy widzisz, że nie zamierza pożreć cię żywcem, z zaciekawieniem. Pytania na nowo rozbrzmiewają w twojej głowie i dołącza do nich kolejne – co tutaj robi wilk?
Widzisz spadającą gwiazdę, która zostawia smugę lśniącego na srebrno pyłu za sobą. Patrzysz na nią, ale zapominasz pomyśleć życzenie, a kiedy sobie o tym przypominasz, jest już za późno.
– Alicjo – słyszysz czyjś głos, tak dobrze znany, gwarantujący bezpieczeństwo, spokój, radość, ciepło i jeszcze wiele różnych rzeczy. Rozglądasz się po polanie, ale nie widzisz nikogo, kto mógłby wypowiedzieć te słowa. – Alicjo – powtarza głos swoje wezwanie i teraz zauważasz, że to wilk mówi do ciebie. Nawet się nie dziwisz. – Alicjo – mówi po raz trzeci, ty kiwasz głową na znak, że słuchasz – musisz powiedzieć, że się zgadzasz.
– Na co? – pytasz, a twój głos drży niebezpiecznie. Czujesz się, jakby niewypowiedziane życzenie miało się zaraz spełnić. – Na co mam się zgodzić?
– Powiedz, że zgadzasz się, żebym był twoim. Żebyś stała się moją panią, moją właścicielką, moim wszystkim. Zgódź się na to i proś o cokolwiek, a spełnię twoją prośbę. Dostaniesz każdą rzecz, o jaką poprosisz. Ale nigdy mi nie rozkazuj, bo jesteś moją panią, nie władczynią.
– Nie rozumiem – skarżysz się i zupełnie nagle czujesz się absurdalnie. To w końcu tylko sen.
– Wiem – odpowiada ci wilk. Wyraz jego pyska jest dziwnie ludzki, inteligentny. – Powiedz, że się zgadzasz. Alicjo.
Kręci ci się głowie, ale przełykasz ślinę i te zawroty mijają.
– Zgadzam się – odpowiadasz dzielnie, choć nie wiesz, co się dzieje. Wydaje ci się, że wilk odetchnął z ulgą, ale może to tylko twoja wyobraźnia.
Podchodzi do ciebie i opiera głowę o twoje udo, a tobie nagle miękną kolana i opadasz bezwładnie na trawę, która wcale nie jest mokra.
– Już wszystko dobrze, Alicjo. Nie martw się. Już wszystko dobrze – powtarza wilk, a potem robi coś, czego zupełnie byś się nie spodziewała. Liże cię w oba policzki i bez ostrzeżenia gryzie w usta, w dolną wargę. Czujesz lekkie ukłucie bólu i z przerażeniem, a zarazem fascynacją patrzysz na szkarłatną krew, spływającą po jego kłach, barwiącą je na purpurowo. – Dokonało się – słyszysz.

Wiesz, że właśnie stało się coś ważnego, choć nie masz pojęcia, co takiego. Zamykasz oczy i odpływasz, a nad tobą mknie kolejna spadająca gwiazda.

Z odprawianiem tego rytuału zawsze był problem, zazwyczaj zwlekał z tym tak długo, jak tylko się dało, a potem żałował. Nie miał nigdy pewności, czy wybrana przez niego osoba w momencie kulminacyjnym nie odmówi, nie zawaha się i tym samym nie odrzuci jego propozycji. Jeden raz przeżył już taki zawód i nie było to nic przyjemnego, dochodził później do siebie przez długie miesiące, w ukryciu liżąc rany. Dlatego czekał długo, cierpliwie, aż wybranka będzie czuła się z nim związana na tyle, żeby zaproponować związanie umysłu, trwające zazwyczaj aż do śmierci człowieka.
Układ ten gwarantował człowiekowi nietykalność, pełne bezpieczeństwo oraz w miarę szczęśliwe życie. Jego Alicja dostanie się na każdą uczelnię, zda każdy egzamin, znajdzie lojalnych przyjaciół, wspaniałego męża, a jej dzieci spełnią wszystkie jej oczekiwania, nawet wbrew sobie samym, jeśli tylko nie zerwie więzi, nie spróbuje się od niego uwolnić. On z kolei zyskiwał spokój umysłu i tak długo, jak działał dla niej, mógł zrobić niemalże wszystko. Niemalże.
Alicja była pierwszym człowiekiem, pierwszą wybranką, która nie dość, że sama przyszła do niego we śnie, sama go znalazła, pozwalając mu potem odszukać się w prawdziwym świecie za pomocą węchu, to dodatkowo niemalże sama zainicjowała rytuał. Była niezwykła, wyjątkowa, a z każdym dniem pragnął coraz bardziej, żeby stała się jego panią. Przez chwilę bał się niemalże, że to pułapka, bo wszystko szło za prosto, za łatwo, ale nie zwietrzył podstępu, a w tym był naprawdę dobry. Więc postanowił się zaangażować.
Mijał dzień za dniem, a przyszłość zapowiadała się lepiej niż dobrze. Był przy dziewczynie, wspierał ją, pocieszał, kiedy tego potrzebowała, uszczęśliwiał drobnymi prezentami i pozwalał się wpychać do wody, udając, że traci równowagę pod wpływem jej siły. Tak naprawdę jej ramiona były słabe i nie upadłby pod ich naciskiem, ale wszystko, co ją cieszyło, poprzez więź radowało i jego. Odczuwał silnie jej nastroje i dlatego zawsze wiedział, co powinien zrobić, co się dzieje. Stawał się dla niej kimś ważnym, kogo opinie będzie szanować, z kim będzie się liczyć i o kim nie zapomni. Taki był w gruncie rzeczy jego cel, tego wymagało umocnienie więzi, ale po raz któryś z rzędu nie musiał się wcale przy tym męczyć. Wręcz przeciwnie, było to dla niego czystą zabawą.
Zdarzały się też sytuacje kryzysowe, jak dzień, w którym spotkał na molo kogoś ze swojego gatunku. Poznał to po wyrazie oczu, które nagle rozjarzyły się na żółto, żeby po chwili przygasnąć. Tamten skinął mu głową z obojętną uprzejmością, ale nie potrafił przestać pochłaniać wzrokiem Alicji. Jemu z początku to nie przeszkadzało, ale potem poczuł zaniepokojenie dziewczyny, usadził swojego oponenta spojrzeniem i objął drżące, drobne ciałko.
– Coś nie w porządku? – zapytał, przytulając ją mocniej, starając się tchnąć w jej ramiona spokój. Wtuliła się w niego, wargi jej zadrżały, jakby zaraz miała się rozpłakać, ale opanowała się. I dobrze, bo gdyby miała przez niego rozpaczać, nie zostałoby z niego za dużo do wieczora. Może kilka kości.
– Nic – odparła dzielnie, zadzierając nos i przybierając minę ważniaka. Wielbił te jej pozy, trochę przerysowane, ale urocze. – Tylko… ten mężczyzna się na mnie cały czas patrzył. – Przełknęła głośno ślinę, tracąc trochę animuszu.
– Który? – zapytał, żeby się upewnić.
– Ten blondyn. Z szarymi oczami – wskazała mu brodą kierunek, w którym odszedł tamten.
– Nie martw się. Poszedł już sobie – powiedział jej cicho prosto do ucha i usłyszał, jak serce Alicji zwalnia swój bieg. –Już dobrze, Alicjo. Już dobrze – dodał czule.

Wiedział, że gdyby więź nie była dostatecznie mocna, tamten by ją zaatakował, nie zważając na obecność ludzi. Wybrańcy pachnieli dobrze, przyciągając uwagę, kusząc ich wszystkich, a dziewczyna nie różniła się pod tym względem od innych. Jej zapach był naprawdę… smakowity. Z czasem się zmieni, straci na intensywności, ale nadal będzie na siebie zwracać uwagę postronnych. Przed niektórymi będzie musiał jej bronić.
– Niedługo wyjeżdżam – odezwała się następnego dnia, kiedy wybrali się razem na spacer po plaży. Owinęła się długim, zwiewnym szalem, szarpanym teraz przez wiatr.
– Wiem – odparł tylko, bardzo krótko, nie wiedząc, co powinien do tego dodać. Nie straci jej przecież z oczu, pojedzie za nią, ryzykując trochę, ale nie tak wiele. Więcej ryzykowałby, gdyby jechał tam za nią, nadal starając się ją złapać w swoje sidła. Więź zapewniała mu bezpieczeństwo.
– Zobaczymy się jeszcze? – zapytała ze smutkiem, a jej oczy napełniły się łzami. Tego się nie spodziewał.
To idzie o wiele za szybko, pomyślał z niepokojem, czując jednocześnie dziwne ssanie w żołądku. Odgarnął jej kosmyk włosów z twarzy.
– Postaram się do ciebie przyjechać – uśmiechnął się. Ona odwzajemniła ten uśmiech, dzielnie się trzymając. Nie wiedziała, że będzie zawsze przy niej, nie dalej niż kilka kilometrów. Skąd mogła to wiedzieć? – I będę pisał. Obiecuję.
– Ja też – odparła. Wyglądała, jakby spadł jej z serca ciężar. Nie mógłby jej przecież porzucić w ten sposób, zostawić na pastwę losu. Żałował, że tego nie wiedziała.
Żałował też, że nie wiedziała o więzi pomiędzy ich umysłami. Może będzie w stanie ją zauważyć za kilka lat, ale jeszcze nie teraz.

Dwa dni później, kiedy szedł się z nią spotkać w ich ulubionej lodziarni, czuł, że coś jest inaczej niż powinno być. Wydawało mu się, że atmosfera zgęstniała, jakby zaraz miało się wydarzyć coś ważnego, niebezpiecznego. Wiedział to jeszcze zanim wszedł do środka, mijając roześmiane, usmarowane czekoladowymi i śmietankowymi lodami dzieci.
W środku oprócz Alicji był ktoś jeszcze, inny mężczyzna. Nie dawna miłość, nie przyjaciel, oni nie mieliby tak zaciętego, posępnego wyrazu twarzy. Więc kto?
– Wolfgang – powiedziała słabo dziewczyna, jakby wyczuwając jego zaniepokojenie. Sama nie wiedziała, jak się zachować. Poznał to po nerwowym sposobie, w jaki mięła dłońmi słomkowy kapelusz. Pod oczami miała cienie, a jej powieki były spuchnięte, jakby długo płakała. Jeśli to jego wina, odpowie za to. – Poznaj mojego brata. Nazywa się Jerzy. Tak jak ten święty od smoka – dodała, starając się słabo uśmiechnąć.

Kiedy znowu otwierasz oczy, masz wrażenie, że wszystko się zmieniło. Las przestał być zielony, a co gorsza – bezpieczny. Nie słyszysz już ćwierkania ptaków, kwiaty zaczynają więdnąć, a drzewa wyglądają na chore. Zastanawiasz się, co się stało, ale nie znajdujesz odpowiedzi. Szukasz wzrokiem wilka, z którym jeszcze przed chwilą rozmawiałaś, obiecując mu coś i podziwiałaś gwiazdy, ale nie możesz go zobaczyć. Może się schował, a może zostawił cię w tym lesie. Samą.

Czujesz się nieswojo, jakby coś ci zagrażało. Po plecach przebiega ci dreszcz, a twoje usta nagle stają się dziwnie suche. W krzakach coś szeleści i kiedy już masz zamiar zacząć uciekać, wychodzi z nich człowiek. Jest ubrany jak myśliwy, ma na plecach staroświecką strzelbę, ale niezaprzeczalnie jest człowiekiem, w dodatku jego twarz wydaje ci się znajoma.
– Widziałaś tu może wilka? – pyta. Jego twarz jest surowa, pełna podejrzliwości. Mimo to kiwasz głową. – Jest bardzo niebezpieczny – dodaje, prześwietlając cię na wylot swoim wzrokiem. Masz wrażenie, że stara się zbadać, ile wiesz i co sądzisz na jego temat. Nadal kiwasz skwapliwie głową. –Jest zły, a zło trzeba zwalczać, nie patrząc na koszta. Wiesz może, gdzie go znajdę? – pyta, a ty chcesz zaprzeczyć, kiedy nagle w twojej głowie wyświetla się obraz jego kryjówki. Widzisz go, zwiniętego w kłębek, z podkulonym ogonem i błagalnie wpatrzonymi w ciebie ślepiami. To znak zaufania, którym cię obdarzył.
Chcesz zaprzeczyć, chcesz powiedzieć, że nie, nie masz pojęcia. Ale twoje usta milczą, zaciskając się w prostą kreskę, aż myśliwy podchodzi do ciebie, przytula, a ty czujesz, że powinnaś mu to powiedzieć. Walczysz sama ze sobą, nie wiedząc, co zrobić. Jesteś rozdarta pomiędzy lojalnością do twojego towarzysza, wilka, któremu obiecałaś, a poczuciem, że misja myśliwego jest ważniejsza. Że on pragnie cię chronić, ale inaczej niż tamten. Że chce cię chronić przede wszystkim przed nim.
Z każdą chwilą czujesz większe zrozumienie dla myśliwego, który tropi ponadczasowe zło, kryjące się w kątach historii, niezauważalnie przemykające przez lata i dziesięciolecia. I wydaje ci się, że to on ma rację, to jego powinnaś słuchać, choć wiesz, że będziesz potem żałować. Którego z nich byś nie wybrała, będziesz żałować. Ale oczy myśliwego są takie szczere, takie otwarte i pełne uśmiechu, a także czegoś innego, sympatii dla świata i odpowiedzialności, czegoś nieuchwytnego, trudnego do nazwania. Twoja matka powiedziałaby o nim, że jest pewnym człowiekiem. Taki nie zostawi kobiety w potrzebie, pomoże, podzieli się ostatnią kromką chleba z żebrakiem. Takiego, a nie innego trzeba ci właśnie wybrać, myślisz. Takiego wybrałaby twoja matka.

– Wiem – mówisz cicho, zachrypniętym głosem. Patrzy na ciebie poważnie, słuchając w milczeniu. – Wiem, gdzie on się ukrył – dodajesz głośniej. Myśliwy kiwa głową, w zamyśleniu dotykając strzelby. Jest gotowy jej użyć. W twojej obronie. – Zaprowadzę cię tam – decydujesz się w końcu, a ta decyzja zapiera ci dech w piersiach, czujesz, jakby z płuc uciekło ci całe powietrze. Jest nieodwołalna i dziwnie przerażająca, ale nie możesz się już wycofać.
Idziecie razem przez las, mijając umierające drzewa. Ptaki, wydziobujące jagody ze ściółki, odlatują na wasz widok, skrzecząc złowróżbnie. Przekonujesz się, że to ich reakcja na obcego, z którym idziesz, a nie na ciebie. Chociaż to ty zdradziłaś. Droga jest dziwnie krótka i mija o wiele za szybko, tak samo jak czas na wycofanie się, zmianę decyzji, czego zapominasz zrobić. Na jej końcu czeka wilk, ten sam, z którym rozmawiałaś, którego tuliłaś do siebie. Tym razem się nie odzywa, tylko warczy ostrzegająco. Myśliwy nie boi się go, zdejmuje powoli strzelbę z pleców, a ty dziwisz się, że wilk nie atakuje. Przecież w tym świecie ludzie zabijają wilki, zawsze to robili, czy on o tym nie wie? Po chwili przychodzi ci na myśl, że potrzebuje twojego pozwolenia. Wiesz, że jest zbyt dumny, aby o nie prosić. Myśliwy patrzy na ciebie, a ty zaciskasz usta, myślisz, że tak trzeba, bo w końcu wilki są zawsze złe, nawet w bajkach i kiwasz głową, pozwalając mu.
Koniec przychodzi o wiele za szybko, jest jeden strzał, ciche skomlenie, nie ma patetycznych mów ani przeciągających się pożegnań. Nie ma też bohatera, powstającego z martwych, za to smutek rozdziera ci serce, ale myślisz, że tak trzeba.

Tak trzeba. Myśliwy patrzy na ciebie z aprobatą, a ty czujesz się absurdalnie dumna z siebie, bo udało ci się spełnić jego oczekiwania. Potem obracasz się na pięcie i tylko dzięki sile woli nie zaczynasz płakać.
Wiedziałaś, że tak się skończy. Ale ktoś przekonał cię, że tak trzeba.

Od chwili, w której przyjechał jej brat, Wolfgang przestał ją odwiedzać codziennie. Ich spotkania stały się sporadyczne i zupełnie straciły swój urok. Mężczyzna był dziwnie przygaszony, miał nieobecne spojrzenie i przestał zaskakiwać ją na każdym kroku swoim wyczuciem sytuacji. Nie kupował jej lodów czekoladowych, kiedy czuła się przygnębiona i nie dopingował przy automatach, kiedy wygrywała walkę. Z drugiej strony, gra jakoś jej też nie szła, pokonywali ją wrogowie, którzy normalnie nawet by jej nie drasnęli, zupełnie jakby znikło gdzieś szczęście, towarzyszące jej przez cały prawie wyjazd. Nie od samego początku, pamiętała dobrze, że na początku też jej nie szło. Ale potem zjawił się Wolfgang i zupełnie naturalnie zaczęła grać lepiej. Tak jakby sama jego obecność jakoś jej pomagała. Nigdy wcześniej tak o tym nie myślała.

Z drugiej strony, nigdy wcześniej nie musiała rozmawiać z nim w obecności osoby trzeciej, kiedy to każdy dotyk wydaje się być niepoprawny, nawet jeśli to tylko przyjacielskie objęcia, a każde nieuważne, żartobliwe słowo nagle zyskuje zupełne inne, naganne znaczenie. Zupełnie tak, pomyślała, jakby obecność Jerzego zabijała wszelką spontaniczność, zatruwała powietrze swoją obecnością. Z drugiej strony wiedziała, że brat chce dla niej dobrze, a przyjechał tylko dlatego, że przestała pisać listy do domu. Nie przyjął wytłumaczenia, że miała ciekawsze zajęcia, tylko spojrzał na nią podejrzliwie. Nieopatrznie dodała wtedy, że poznała kogoś, z kim spędza czas i wtedy była już na przegranej pozycji. Babci mogła się wymknąć, babcia mogła zaakceptować jej nieobecność i wyjazd do niej był swego rodzaju symbolem wolności, dorastania do tejże wolności i nauki dbania o swoje sprawy, ale Jerzy był zdecydowanie bardziej zasadniczy. I uparty. Przy każdej okazji usiłował wbić jej do głowy, że ten Wolfgang to nie jest wybór odpowiedni dla niej, że nie powinna się z nim widywać ani nazywać pieszczotliwie Wolfim, że to niebezpieczne. W pewnym momencie przyłapała się na tym, że myśli podobnie, a wręcz się z nim zgadza. Chciała przegonić to wrażenie ze swojej głowy, ale zaczęło ją to zastanawiać. Czy nie polubiła go od pierwszego spotkania tylko dlatego, że się jej podobał? Bo był starszy, dojrzalszy i przez to bardziej interesujący? Czy przypadkiem nie oceniała go zbyt subiektywnie, nie patrząc na całokształt, a tylko na część, widząc w nim same zalety, a nie dostrzegając wad? Może naprawdę nie był takim ideałem?
Na następnym spotkaniu spróbowała spojrzeć na niego oczami swojego brata i niemalże zachłysnęła się powietrzem. Wolfgang zdecydowanie tracił w ten sposób, stawał się nagle miałki, nudny, arogancki i pełen dziwnej dumy. W dodatku widziała w nim ten drapieżny rys, który dostrzegała wcześniej, ale dopiero teraz zaczął ją naprawdę niepokoić. Przez chwilę pomyślała wręcz, że powinna się go bać, niemniej szybko zapomniała o tej myśli.
Kiedy kilka dni później wracała pociągiem do domu, wpatrzona w krajobrazy mijające za oknem, pomyślała, że zapomniała zostawić swój adres Wolfgangowi. I wcale się z nim nie pożegnała, zupełnie, jakby usiłowała o nim zapomnieć. A to nie było przecież prawdą. Tylko straciła nim zainteresowanie, od kiedy brat przyjechał. Albo wcześniej, nie była tego pewna.

Za oknem się zachmurzyło i wkrótce w wagon zaczęły bębnić krople deszczu. Była zmęczona, ale nie mogła zasnąć. Jerzy półleżał na siedzeniu naprzeciwko niej, siedzieli zupełnie sami w przedziale, a mimo to nie mogła zasnąć. Jakby się czegoś bała. Ale to nic, pomyślała zupełnie nagle, nie do końca rozumiejąc tę myśl, jakby nie należała do niej. Deszcz przecież oczyszcza.

Idziesz przez las. Widzisz spróchniałe drzewa, umierające z powodu choroby i zeschnięte kwiaty. Zwierzęta dawno odeszły, to miejsce nie jest już bezpieczne. Mijasz ptaka, leżącego niemalże na ścieżce. Jego oczy patrzą martwo w niebo, jakby usiłowały coś dostrzec przed śmiercią. Może magiczną gwiazdę, spełniającą życzenia? Widzisz purpurową plamę na piasku wokół jego ciała i odruchowo się krzywisz. Kto mógłby być tak okrutny, żeby zabijać niewinne zwierzęta?

Zmierzasz dalej, mijając niezliczone skrzyżowania, aż zaczyna kropić. Nie masz się gdzie ukryć, więc tylko wzdychasz. Trudno, jakoś przeczekasz ten deszcz. Gorzej jest ci znieść samotność, która bardzo ci dokucza, zupełnie jakbyś niedawno straciła najbliższego przyjaciela. Ale nie przypominasz sobie nic takiego. Nie pamiętasz.

Kiedy docierasz do muru, odgradzającego cię od czegoś, wiesz, że niedługo się obudzisz. Słyszysz dziecięcy śmiech i odgłosy rozmowy, dobiegające z drugiej strony. Ze smutkiem myślisz, że nie uda ci się na czas przedostać się na drugą stronę. Przez ułamek sekundy zdajesz sobie sprawę z tego, że kolejnej nocy i kolejnej też będziesz podążała przez duszący cię, schorowany las, który sama zniszczyłaś i zawsze, już zawsze będziesz sama, bo złamałaś daną komuś obietnicę. Ale to olśnienie trwa przez mgnienie oka i nie zdążasz poczuć przerażenia. Budzisz się i zapominasz o tym świecie, o wszystkim, co się tutaj zdarzyło, o swojej zdradzie. Wrócisz tutaj kolejnej nocy.

Koniec

0 thoughts on “II miejsce w konkursie – Dagmara Przymus

  1. Oryginalne podejście do tematu; wciągająca fabuła i dobrze rozwinięte postaci. Czyta się z przyjemnością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *