Bez ograniczeń

Zastanawiałem się kiedyś, co jeszcze można uznać za sztukę, a co jest już wynikiem choroby psychicznej autora. A w zasadzie nie tylko autora, ale również tak zwanych krytyków. Do wniosków takich natchnęła mnie wizyta jednego ze „znawców” sztuki na pewnym wernisażu, utrzymanym w stylu minimal art. Otóż „ekspert” ten, znudzony monotonią zaprezentowanych dzieł, zatrzymał się był na chwilę przed czymś niespodziewanym. Oto przed nim pojawił się, doskonale kojarzący się z obrazem Magritte’a rulon, ubrany w płaszcz i kapelusz. Zachwyt „krytyka” i „znawcy” szybko jednak zgasł, kiedy do rzekomego arcydzieła podszedł jeden z widzów, nałożył kapelusz i płaszcz, zabrał rulon i po prostu wyszedł.

Do legendy przeszły już historie o sprzedawaniu obrazów, namalowanych przez małpy, słonie czy delfiny po cenach, o jakich normalni twórcy mogliby tylko pomarzyć. I niestety nie jest to żart. W dzisiejszych czasach nawet największe badziewie można okrzyczeć arcydziełem i sprzedać za grube pieniądze, a ludzie, którzy powinni znaleźć się w zakładach zamkniętych, uznawani są za kontrowersyjnych, ale jednak artystów. Świat jest pełen dziwaków.

Na przykład malarz, znany pod pseudonimem Pierre Brassau. Recenzje jego obrazów opływały wręcz zachwytem. „Abstrakcyjne płótna Pierre’a Brassau porażają ich siłą niepohamowanej ekspresji. Brassau maluje potężnymi, stanowczymi pociągnięciami, jednak furiacko stawiane linie zwijają się potem w subtelne formy. Ten artysta tworzy z delikatnością baletmistrza” – piał niemal orgazmicznie magazyn „Posten”. Ciekawe, jak się ci „znawcy” poczuli, kiedy okazało się że Pierre, a właściwie Peter, jest zaledwie siedemnastolatkiem i mieszka w Szwecji, a konkretnie w szwedzkim zoo? Co zresztą nie jest niczym dziwnym biorąc pod uwagę fakt, iż jest szympansem.

Albo taki cypryjski Australijczyk, Stelios Arkadiou, który poświęcił swoje ciało dla sztuki. Wszczepił sobie bowiem ucho na przedramię „po dziesięciu latach starań”, jak stwierdził. W środku ucha wbudowany był mikrofon, co rzekomo umożliwiało mu słyszenie dźwięków. I nieodmiennie powstaje pytanie – czy to jeszcze sztuka, czy to już delikatny objaw choroby psychicznej?

Szczytem absurdu jest maszyna, która przetrawia wrzucone do niej produkty pokarmowe i przerabia je na zwykłe, doskonale znane nam wszystkim odchody. Odchody te są później pakowane i sprzedawane koneserom sztuki. I jak bumerang powraca pytanie – czy to „znawcy’, czy ludzie niezbyt zrównoważeni? Podobnie zresztą jak pseudoartysta.

Czym zatem jest sztuka? Według mnie sztuka to dzieło, wykonane przez artystę, które samo z siebie przemawia w jakiś sposób do odbiorcy. Natomiast jeśli twórca musi wnikliwie i dokładnie tłumaczyć odbiorcy, co było jego zamiarem, jest to kompletna porażka. Oczywiście definicja taka jest czysto subiektywna. Dla części odbiorców Andy Warhol będzie geniuszem pop artu, dla innych (w tym mnie) mistrzem kiczu, jednym z tych, który nie stworzyli nic, co przyciągnęłoby choćby na chwilę mój wzrok.

Granica między sztuką a kiczem czy chorobą psychiczną jest płynna. Ja akurat jestem konserwatystą oczekującym od twórcy jakiegoś przesłania, wbicia się w umysł i pozostania tam na dłużej. A wszelkie latające kupy, obrazy malowane penisem, tyłkiem czy krwią zwierzęcą są tylko ciekawostką, która powinna się znaleźć raczej w poradnikach medycznych niż w galeriach.

Dlatego wolę budzić się spoglądając na cudowną, wczesnoporanną „Impresję” Moneta niż na pojemnik z kupą przetrawioną przez maszynę.

Robert Rusik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *